Z Kobylanki do Budomierza. Pomoc dotarła na miejsce, wolontariusze dziękują za wielkie serca [ZDJĘCIA]

Halina Gajda
Halina Gajda
Udostępnij:
Damian Miarecki, strażak z Kobylanki, student w Instytucie Zdrowia nowosądeckiej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej wraz z piątką kolegów i koleżanek zdecydowali się na wyjazd zorganizowany przez Stowarzyszenie Folkowisko na granicę Budomierz-Hruszew. Powstał tam punkt medyczny. W tym tygodniu do ekipy dołączyli ratownicy z Gorlickiego: Kasia, Marcin i Ewelina. Damian o pierwszych doświadczeniach mówi oszczędnie, ale mocno podkreśla: nie jestem tam sam.

Ich pierwszy dyżur w punkcie medycznym na polsko-ukraińskiej granicy w Budomierzu trwał ponad dobę. O tym, jak długo tam przebywali, zdali sobie sprawę dopiero później. Adrenalina, koncentracja dominowały – przyjechali tam, żeby pomóc. Przez te pierwsze dwadzieścia kilka godzin, przez punkt przewinęło się kilkadziesiąt osób. Wraz z lekarzami opatrywali, pielęgnowali, wspierali tych, którzy uciekają przed wojenną zawieruchą. Jednym trzeba było podać leki na ustabilizowanie ciśnienia, opatrzyć obolałe nogi, ratować przed hiperglikemią. Innym – podać rękę i dać się wypłakać. Damian, po chwili rozmowy dodaje: ktoś skomentował, że jedziemy na wojnę. Na miejscu przekonaliśmy się, co to naprawdę znaczy.

Przejście Budomierz-Hruszew działa od niespełna dekady

Wodząc palcem po mapie, znajdziemy go na trasie Lubaczów-Niemirów. Jest niewielkie, ale tonie zmienia nic, że w ostatnich dniach przewinęło się przez nie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wszyscy uciekają przed wojną.

- Najmłodsi mają dwa miesiące, najstarsi ponad dziewięćdziesiąt lat – opowiada.

Damian razem z pozostałymi kolegami i koleżankami działa w punkcie medycznym już po ukraińskiej stronie. Kolejka do przejścia liczy wiele kilometrów. Stoją w niej matki z kilkutygodniowymi maluchami, ale też – nie bójmy się tego słowa – starcy, zbliżający się do setki. Docierają tu z Kijowa, Charkowa i innych bombardowanych miast. Siłą rzeczy, nie mogą przemieszczać się cały czas – nie tylko z czysto fizycznych względów, ale też ogłaszanych co raz alarmów. Ludzie opowiadają później ratownikom, że na pokonanie ośmiu kilometrów potrzebowali kilkunastu godzin, nierzadko doby. Standardem jest, że na otwartej przestrzeni spędzają 20-30 godzin. Są przemęczeni, przerażeni, zziębnięci. Nocami temperatura wciąż spada o kilka stopni poniżej zera.

- Naszym zadaniem jest pomoc tym, którzy oczekiwanie znoszą najgorzej – opowiada. - Czasem trzeba podać leki, a czasem po prostu koc czy kubek gorącej herbaty. Żeby przetrwali do granicy – mówi dalej.

Z punktu medycznego, uchodźcy mają jeszcze dwa kilometry do granicy. Tam, na polską stronę są przepuszczani grupami po sto-dwieście osób. Dla wielu – najtrudniejsze. Każdy z oczekujących to inna historia, ale powtarza się jeden rytm: bomby, strzały, widok ciał dorosłych i dzieci, odgłosy wystrzeliwanych rakiet. Do tego brak jedzenia, wody, prądu. Damian przed oczami ma ponad dziewięćdziesięcioletnią mieszkankę Kijowa, która już w pierwszych dniach wojny, straciła całą rodzinę. Nie było jej w domu, gdy doszło do rosyjskiego ostrzału. Została sama.

- Chciała tylko przekroczyć granicę, uciec byle dalej – opowiada cicho.

Gardło ściska się na widok ojców, którzy żegnają się ze swoim dziećmi. Maluchy, choć o polityce nie mają pojęcia, to doskonale rozumieją, że dzieje się coś bardzo złego, że być może widzą tatę ostatni raz w życiu. Są więc krzyki, głośny płacz i nawoływanie.

- Na miejscu jest adrenalina, mnóstwo do zrobienia, więc nie myślisz o tym, co widzisz – opisuje. - Łzy przychodzą później. I nikt się ich nie wstydzi – dodaje.

Koniec minionego tygodnia, w rodzinnej Kobylance był bardzo gorący. Damian przyjechał na weekend do domu, ale nie miał czasu na odpoczynek. Wespół z mieszkańcami, strażakami, ale też powiatową społecznością, zbierał i segregował dary. Wystarczyło kilkanaście godzin, by zgromadzić ich na sporego busa.

- Dziękujemy wszystkim, którzy odpowiedzieli na nasz apel i pomogli w zebraniu wszystkich darów – podkreśla na koniec.

Transport, w niedzielę późnym wieczorem, dotarł na granicę. Nie ma wątpliwości, że najgorsze dopiero przed wolontariuszami – gdy do granicy zaczną docierać bezpośrednie ofiary wojny.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mikołajów pod ostrzałem. Relacja ukraińskiej dziennikarki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie