Grzegorz to strażnik silnikowych serc. Po służbie mundur zamienia na skórzana kurtkę i kask

Agnieszka Nigbor-Chmura
Agnieszka Nigbor-Chmura
Grzegorz osiągnął swój cel – maszyna wygląda jakby dopiero zjechała z linii produkcyjnej, a może nawet lepiej. 
- Niewiele zmieniłem. Oryginalny czarny kolor lakieru zastąpiłem czerwonym. Pewne rzeczy unowocześniłem. Ktoś powie, że lampa led to przesada w takim sprzęcie, ale ja zamontowałem ją do swojego bezpieczeństwa.
Grzegorz osiągnął swój cel – maszyna wygląda jakby dopiero zjechała z linii produkcyjnej, a może nawet lepiej. - Niewiele zmieniłem. Oryginalny czarny kolor lakieru zastąpiłem czerwonym. Pewne rzeczy unowocześniłem. Ktoś powie, że lampa led to przesada w takim sprzęcie, ale ja zamontowałem ją do swojego bezpieczeństwa. Agnieszka Nigbor-Chmura/prywatne archiwum Grzegorza Skórskiego
Udostępnij:
Od dwudziestu sześciu już lat codziennie zakłada mundur strażnika miejskiego i dba o bezpieczeństwo mieszkańców naszego miasta. Ktoś powie – praca niewdzięczna, trudna, często z roszczeniowymi obywatelami. On lubi to, co robi, bo jak twierdzi blankiet do wypisania mandatu to nie jedyne narzędzie i rozwiązanie, z którego korzystają strażnicy miejskiego miru. Grzegorz Skórski na ludzi ma taki sam sposób, jak na motocykle, które od lat reperuje – potrzebny jest spokój i cierpliwość.

Po służbie mundur zamienia na skórzaną kurtkę i kask. A służbowe auto na motocykl – niezwykły, bo odrestaurowany własnoręcznie z największą precyzją.

Ostatni nabytek - dniepr w soczystej czerwieni wyprodukowany w 1985 roku w fabryce w Kijowe wzbudził podziw niejednego miłośnika starych motocykli na majówkowym zlocie. Wokół pojazdu w Dni Gorlic zgromadził się wianuszek podziwiających to mechaniczne cacko, nad którym Grzegorz pracował przez ostatni rok.

Komar, który miał tylko odpalać

Miłość do mechaniki i motocykli to nie żadna fanaberia ostatnich lat, czy nawet etapu, kiedy człowiek po prostu ma mniej obowiązków, bo wybudował dom, wychował dzieci, czy nawet zasadził już jakieś drzewo. To zainteresowanie i przygoda od dziecięcych lat.

- Mieszkam w Siarach. Rodzice mieli tu gospodarstwo rolne, więc chciał, nie chciał, tata często musiał, a to zreperować jakąś maszynę czy traktor naprędce przy polowych pracach, gdy te odmawiały posłuszeństwa, albo wykorzystywał na to czas jesienią czy zimą, gdy zajęć w gospodarstwie było mniej – tłumaczy Grzegorz Skórski.

Skromny warsztat ojca był więc miejscem, w którym podglądał, próbował swoich sił, zachwycił się mechaniką na tyle, że zdecydował o nauce w technikum mechanicznym. Choć w zawodzie nie pracuje, bez wiedzy i umiejętności zdobytych w szkole nie byłoby łatwo. Wiadomo, doświadczenie, przyszło z każdym kolejnym wyremontowanym motocyklem.

Wiatr we włosach i błoto na plecach

- Najpierw był komarek czyli romet komar. Ktoś miał do sprzedania, a że rodzice wiedzieli, że to moje skryte marzenie, kupili mi ten motorower – opowiada.

Jak mówi Grzegorz, wtedy największą frajdą była jazda, a marzeniem, by sprzęt tylko odpalił. Z czasem dopiero, po kolejnym poparzeniu łydki, nabywało się takiej umiejętności jazdy, by rozgrzana rura wydechowa za każdym razem nie kaleczyła.
Czas szkoły średniej to już fascynacja motocyklami z czterosuwowymi silnikami.
- Modne były wtedy osławione emzetki, jawy, cezety. Wszystko, co wyprodukowane było w latach 40., 50., i 60. minionego wieku, czyli m.in. junaki, avosimsony i inne motocykle czterosuwowe lądowało wtedy na złomie i to był czas, na pierwsze buszowanie za starym, dla jednych zużytym sprzętem, a dla mnie takim, w którym widziałem nowe życie – opowiada.

Z tych czasów pamięta niejedną, często nawet niebezpieczną wywrotkę, ale prawo wieku sprawiało, że liczyła się tylko jazda po bezdrożach Gorlickiego, wiatr we włosach i błoto na plecach, z którego na pewno nie była zadowolona mama.

Elegancki ciągnik na dożynki

Grzegorz Skórski kolekcji swoich motocykli nie ma, bo musiałby znaleźć miejsce w garażu dla co najmniej trzydziestu maszyn i... ciągnika.

- Zamierzenie zawsze było takie samo. Kupowałem sprzęt w kiepskim stanie. Reperowałem, korzystałem z niego przez jakiś czas, a potem szukałem na niego nabywcy. Sprzedany drożej dawał pole do popisu, by kupić kolejny model i tak w kółko – opowiada.

Z traktorem było inaczej.

- To był stary traktor z 1969 roku - Dutra D4K-B. Pracowałem przy jego remoncie dwa lata i wystawiłem go na sprzedaż. Byłem zdziwiony, gdy na moje ogłoszenie odpowiedzieli rolnicy z okolic Wrocławia. Przyjechali, obejrzeli i kupili, bo jak twierdzili, chcieli mieć coś ekstra, czego nie mają sąsiedzi i czym można by się pokazać na przykład na dożynkach. Gdy potem śledziłem losy pojazdu, okazało się, że uczestniczyli nim nawet w zlotach ciągników – opowiada.

Kolejną miłością Grzegorza, która jak się potem okazało, szybko mu się znudziła, były motocykle japońskie i włoskie – jamaha czy ducati.

- Ich bezawaryjność, która dla jednych była niezwykle ważną wartością, mnie po prostu znudziła – śmieje się nasz rozmówca. - Przecież filtr wymienić to żadna robota – dodaje.

Dniepr to ostatnie dziecko

Znów poszedł w stare motocykle i na start zmierzył się z iżem 49. Ostatnie swoje „dziecko” - dnierp kupił w Polsce. Ktoś, by powiedział – piękny złom, ale nie on. Miał plan, by motocykl wyremontować do stanu, w jakim wyjechał z fabryki i się udało.

- Gdy dotarł do mnie na przyczepce, zjechałem z niej i ujechałem może 200 metrów po czym rozleciał się silnik – opowiada.

Na pracy przy dnieprze spędził rok, ale efekt powala. Lśniące czerwone cacko z bocznym wózkiem dla pasażera – zachwyca.
- Żeby zrobić coś dobrze, trzeba pracy wielu ludzi, różnych fachów. Mechanika była moją działką, ale części wymagające regeneracji wysyłałem do różnych firm w kraju. To samo z elektryką czy lakierowaniem. Błotniki, bak, gondola – tym zajmował się lakiernik. Były takie elementy, które wymagały ręcznego malowania – tłumaczy.
Grzegorz osiągnął swój cel – maszyna wygląda jakby dopiero zjechała z linii produkcyjnej, a może nawet lepiej.

- Niewiele zmieniłem. Oryginalny czarny kolor lakieru zastąpiłem czerwonym. Pewne rzeczy unowocześniłem. Ktoś powie, że lampa led to przesada w takim sprzęcie, ale ja zamontowałem ją do swojego bezpieczeństwa.

Na Dni Gorlic po roku pracy nad motocyklem wyjechał drugi raz, bo pierwsza trasa wiodła do stacji diagnostycznej na przegląd.
- Czekam na lepszą pogodę i ruszam w trasę. Obiecałem córkom i żonie wiosenne przejażdżki – zapowiada.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Nowe podejście NATO wobec zagrożenia ze strony Rosji

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie