Gorliczanka Maria Kraupe była sanitariuszką w Powstaniu

Agnieszka Nigbor-Chmura
Agnieszka Nigbor-Chmura
Maria Kraupe do Warszawy dotarła w 1942 roku. Podczas powstania pracowała, jako sanitariuszka. Potem została wywieziona do obozu jenieckiego
Maria Kraupe do Warszawy dotarła w 1942 roku. Podczas powstania pracowała, jako sanitariuszka. Potem została wywieziona do obozu jenieckiego archiwum
Na wspomnienie dźwięku dzisiejszych syren i godziny „W” w głowie rysuje mi się jeden obraz - starszej, schorowanej kobiety, której oknem na świat przez ostatnie lata życia był niewielki balkon przy mieszkaniu na ulicy Kopernika w Gorlicach. Pani Maria Kraupe, z urodzenia była sosnowiczanką, z wyboru gorliczanką, a przede wszystkim lekarzem, bohaterką Powstania Warszawskiego. Odeszła trzy lata temu, spoczęła w Lesznie.

Była młodą dziewczyną, która marzyła o podróżach. Zwiedziła Austrię, Szwajcarię, Francję. Planowała podróż na Fiordy, jednak młodzieńcze marzenia rozprysnęły się, jak bańka mydlana. Sytuacja w kraju i wybuch wojny pozbawił ją możliwości realizacji życiowych celów i marzeń.

Do stolicy dotarła w 1942 roku. Tam rozpoczął kolejny etap jej życia. Maria Kraupe podjęła dalszą naukę w szkole sanitarnej im. prof. Jana Zaorskiego i zaliczyła kolejne dwa lata medycyny.

- Zbiegałam ze schodów kamienicy przy ul. 6 sierpnia, w której mieszkałam. Miałam dotrzeć na ul. Emilii Plater do chorego z zastrzykiem. Nie zdążyłam - opowiadała nam przed piętnastoma laty.

Kotłujący się na klatce schodowej tłum ludzi, ostrzegał, żeby nie wychodzić. Chciała spojrzeć przez okno, na to, co dzieje się na zewnątrz, kiedy nad głową świsnęła jej kula i utknęła w ścianie. Jej ciekawość nieco ostygła. Gdy po trzech dniach po raz pierwszy wyszła na ulicę, usłyszała, że część Śródmieścia jest w rękach powstańców, ulica, przy której mieszkała - również.

Powstańcom udało się odbić założony przez Niemców na początku wojny szpital przy ul. Śniadeckich w budynku dawnej szkoły.

- Do pracy w szpitalu przyjęto mnie z otwartymi ramionami. Miałam pewne doświadczenie zdobyte podczas pracy w szpitalu w Sosnowcu i Krakowie. Każda para rąk, przy tak ogromnej liczbie rannych była potrzebna - opowiadała nam.

Dokładnie pamiętała niedzielę, 17 września. Stała przy oknie jednej z sal, kiedy z tak zwanej krowy, ciężkiego działa z samozapalającymi pociskami, wystrzelono w stronę szpitala. Pocisk trafił w salę obok, ale jego siła i podmuch wypchnęły okno i ścianę w pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Upadła, jej oczy zasypał kurz i piach. Nie straciła przytomności. Po omacku dotykała swojego ciała, starając się ocenić stan, w jakim się znajdowała.

- Kawałki metalowych odłamków utkwiły w moim ciele. Zdołałam wyciągnąć z pachwiny, tkwiący w niej drewniany kij. Dotykając głowy, czułam tylko, jak moje włosy skleja, krzepnąca na nich krew. Ktoś wyniósł mnie na noszach i położył przed płonącym budynkiem. Zostałam przeniesiona do punktu sanitarnego przy ul. Marszałkowskiej obok Piusa. W potwornej gorączce i ze wciąż krwawiącymi ranami spędziłam noc. Nie było środków znieczulających, leków, brakowało środków opatrunkowych. Rano moje rany przemyto rivanolem i spięto klamerkami. Zostałam przeniesiona do szpitala, w którym pracowałam, a raczej do tego, co po nim zostało - jednej sali w podziemiach - relacjonowała nam pani Maria.

Rękę usztywniono na temblaku, bez znieczulenia usuwano z jej ciała odłamki metalu. Nie pamięta zbyt wiele, 10 dni na drewnianej pryczy z utraty kiwi i w gorączce traciła przytomność i odzyskiwała ją.

Jej oczy zawsze napełniały się łzami, gdy mówiła o swoich koleżankach, sanitariuszkach, które z wielkim poświęceniem czuwały, opatrywały i przemywały jej rany.

Po tygodniu odwiedziła ją ciotka. Bochenek chleba i butelkę pitnego miodu podzieliła między jedenastu chorych, leżących w sali.

- Dowiedzieliśmy się, że niebawem zostaniemy wywiezieni do Niemiec. Koleżanki przyniosły mi od ciotki zimowy płaszcz, trochę ubrań, dwa koce. 8 października opuściliśmy piwnice, z pomocą koleżanek dotarłam do pociągu, którym mieliśmy dotrzeć do przejściowego obozu w Radogoszczy - opowiadała nasza bohaterka.

Z Radogoszczy, najpierw ciężarówkami, potem tramwajem przewieziono ich na łódzki dworzec, skąd trafiły do obozu stalagu IV B w Zeithain niedaleko Muhlberg, gdzie mieścił się oficerski obóz jeniecki.

Wspominała tramwaje, którymi ich przewożono na dworzec w Łodzi. Na każdym siedzeniu, była mała paczuszka z żywnością, gest mieszkańców Łodzi, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka. Udało jej się wówczas zdobyć kartkę i napisać kilka słów do domu: - Żyję, jadę do obozu. Jakaś bratnia dusza wysłała jej wiadomość, bo jak się dowiedziała, dotarła do Sosnowca.

Przez dziewięć miesięcy barak nr 8 całkiem podobny do oświęcimskich był „domem” Marii. Był to obóz dla gruźlików, ludzi wielu narodowości zwożonych z krajów całej Europy, Włochów, Romów, Rosjan. Głodowe dawki żywności, kromka czarnego chleba, do tego mały kawałek margaryny lub marmolady, na obiad zupa ze szpinaku lub brukwi. W listopadzie udało się napisać list z obozu do domu. Przed Bożym Narodzeniem przyszła paczka. Słój ze smalcem, cebulą i zatopionymi w nim kromkami chleba był rarytasem.

- 15 kwietnia weszli Rosjanie, miesiąc później, pierwszym transportem, po dwóch tygodniach podróży końmi na platformie, jak cyganie z całym dobytkiem wracaliśmy do kraju. Ja do rodzinnego Sosnowca - wspominała ten moment ze złami w oczach.

W lipcu 1949 roku ukończyła studia medyczne. Droga do Gorlic, jak jej całe życie była kręta. Najpierw pracowała w Szczecinie, potem w Krakowie i Żegiestowie. W 1971 roku trafiła do Gorlic. Życie nie pieściło, lata młodości były wyzwaniem, nie zawsze na siły młodej dziewczyny. Potem pozostały już tylko wspomnienia i krzyż - Odznaka Weterana Walk o NiepodlegŁość.

Pani Maria odeszła 1 stycznia 2016 roku.

Kartka z pamiętnika
Życiowa droga Marii Kraupe rozpoczęła się w Sosnowcu. Tam przyszła na świat, tam się wychowywała, ukończyła gimnazjum, a potem rozpoczęła studia wyższe w Poznaniu na wydziale medycyny. Ukończyła pierwszy rok i miała zaledwie dziewiętnaście lat, kiedy jako wolontariuszka zgłosiła się do pracy w sosnowieckim szpitalu. Dowiedziawszy się, że jej nazwisko widnieje na liście osób, które miały być wywiezione do Niemiec, opuściła rodzinne miasto i na cudzy dowód osobisty dostała się do Krakowa.

To tam zamieszkała z siostrą, wówczas studentką na Kunstgewerbeschule i podjęła pracę w domu zdrowia, opiekując się chorymi pooperacyjnymi. Od jednego z pacjentów otrzymała propozycję pracy przy chorym w majątku pod Tomaszowem Mazowieckim. Spędziła tam dwa miesiące, potem nawiązała kontakt ze swoją ciotką, siostrą ojca, mieszkającą w Warszawie. Przeprowadziła się właśnie do niej.

Tym jeździ głowa państwa. Zobacz pojazdy prezydenta

Wideo

Materiał oryginalny: Gorliczanka Maria Kraupe była sanitariuszką w Powstaniu - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3