Gorlickie. Monika Jamer z Łużnej jedzie na dwa lata na misje do Afryki

Halina Gajda
Monika Jamer pochodzi z Łużnej.  Ma już za sobą pierwszy wyjazd do Kenii, gdzie pracowała z niepełnosprawnymi dziećmi. Teraz będzie podobnie, choć jest otwarta na wszystkie wyzwania
Monika Jamer pochodzi z Łużnej. Ma już za sobą pierwszy wyjazd do Kenii, gdzie pracowała z niepełnosprawnymi dziećmi. Teraz będzie podobnie, choć jest otwarta na wszystkie wyzwania fot. archiwum prywatne
Choć odlicza dni do wyjazdu, to na walizkach jeszcze nie siedzi. Twierdzi, że co jej potrzebne, ma złożone w jednym pokoju. Wrzuci po prostu wszystko za jednym zamachem do walizki i jakoś to będzie. Lada dzień wyjedzie do Republiki Środkowoafrykańskiej.

To nic, że geograficznie to dosłownie środek kontynentu, ale tak naprawdę koniec świata - nie będzie internetu, telefonu, żeby zadzwonić do rodziców i poskarżyć się na trudną pracę czy zwyczajnie, na natrętne muchy albo pochwalić sukcesami w misji. Na miejscu komputer i smartfon, to tak naprawdę może odłożyć gdziekolwiek i zapomnieć o nich na dwa lata. Tyle bowiem trwa kontrakt, który podpisała.

Ewangelizacja ma wiele obliczy

Monika Jamer. Łużnianka z korzeni rodzinnych. Fizjoterapeutka z wykształcenia. Szatynka w okularach i z delikatnym makijażem. Oprócz subtelnej urody ma jeszcze jedną cechę - gaduła z niej, że hej. Bynajmniej, nie nawija, co ślina na język przyniesie. Opowiada. Tak po prostu. Barwnie, z emocjami, radością w oczach. Jak czuje. Ma fach w ręku, ale stabilizację życiową typu dom-drzewo-dzieci odkłada na później. Ona chce do Afryki. Zaraziła się nią - można powiedzieć. Jest świecką misjonarką, od Świeckich Misjonarzy Kombonianów. Ma już za sobą dwukrotny pobyt w Kenii. Pokazywała tubylcom kościół katolicki, wiarę w zmartwychwstanie, dekalog. Inaczej, niż sobie to wyobrażamy.
- Trudno im przecież opowiadać o Bogu, podczas gdy oni są najzwyczajniej w świecie głodni, spragnieni, chorzy - mówi wprost. - Trzeba inaczej: pokazać zainteresowanie, wysłuchać, podać rękę, czasem po prostu pomóc w codziennych czynnościach. Bożą miłość pokazać sobą i mieć nadzieję, że i oni się na nią otworzą - opisuje.
Iskierka niesienia pomocy zapaliła się w niej jeszcze w gimnazjum. Chodziła wtedy na spotkania grupy młodzieżowej w swojej parafii. - Poznałam wikarego, ks. Łukasza, który po czasie posługi u nas, wyjechał do Kazachstanu, by tam prowadzić parafię - wspomina. - Jego opowieści o pracy misjonarzy, o życiu ludzi w odległych zakątkach świata pokazały jej istotę - dodaje.
Zaczęła szukać zgromadzenia, które prowadziłoby misje, również we współpracy ze świeckimi. Znalazła trzy: salezjanów, klaretynów i wspomnianych kombonianów. Ponieważ wiedziała, że, trudno się jej będzie zdecydować, więc zdała się na ślepy traf. Trzy losy, wyliczanka. Wypadło na kombonianów. Zaraz poczyniła postanowienie: jeśli wyjazd na misje, to tylko Ameryka Południowa, najlepiej Boliwia. Szybko przyszło jej zweryfikować plany.- Dowiedziałam się, że w tym momencie nie ma takiej możliwości - opowiada.
Misjonarze zaproponowali jej Afrykę, Kenię.- Zgodziłam się, ale bez większego przekonania - przyznaje szczerze. - Pojechałam. I wsiąknęłam w Kenię, jak woda w gąbkę - mówi już poważnie.

Pokazać wiarę własnym życiem

Wedle statystycznych wskaźników, Republika Środkowoafrykańska to jeden z najbiedniejszych, ale też najbardziej niebezpiecznych krajów świata. Trwający kilka lat wojenny chaos niemal zrównał kraj z ziemią. Pewnie, w wielkich miastach, życie wygląda inaczej, niż na prowincji, ale nic nie zmienia, że zagrożenie czyha na każdym kroku. Monika mówi: nie boję się, ale nie jestem żadną bohaterką, odważna też nie jestem. - Równie dobrze mogę zginąć w wypadku przed własnym domem - mówi rozbrajająco szczerze. - Wierzę, że jest Ktoś, kto czuwa nade mną - jest przekonana.
Wielkim wsparciem są dla niej rodzice i rodzeństwo. Choć nie brakowało chwil, gdy i oni patrzyli na nią z mieszanką niedowierzania, strachu, pewnie i jakiejś podejrzliwości o to, co tak naprawdę kryje się w jej głowie, w co się zaangażowała. Pierwsze przygotowania gruntu do tego, by powiedzieć bliskim o wyjeździe do Kenii swoje trwały. W końcu się odważyła. - Oświadczyłam rodzicom treściwie: jadę do Afryki, na misje - wspomina. - Usłyszałam: chyba palcem po mapie - opowiada dalej.
Ostatecznie bliscy westchnęli, ale uściskali mocno i pobłogosławili na odjezdnym. Na miejscu Monikę onieśmieliła gościnność i serdeczność, z którą mieszkańcy slumsów, członkowie plemion Pokot i Turkana przyjęli gości z Europy. Któregoś razu podczas mszy świętej rozpętała się ulewa.
- Nie było kaplicy, namiotu. Po prostu odprawiana była pod drzewem. Byliśmy wszyscy mokrzy od stóp do głów, a ksiądz musiał skrócić nabożeństwo. Po nim trafiliśmy do kobiety, która wcześniej zaprosiła nas na poczęstunek. Gdy zobaczyła przedwczesnych gości - nie zdążyła jeszcze ugotować posiłku - wysłała swojego syna po fantę do sklepu oddalonego o trzydzieści kilometrów. Chłopak wsiadł na motorek i pojechał, bo tak bardzo chcieli nas przyjąć, jak najlepiej. I na nic zdały się przekonywania, że nic takiego nie jest potrzebne - wspomina.
Podczas drugiego wyjazdu do Kenii, Monika pracowała w ośrodku dla dzieci niepełnosprawnych. Spotkała tam około dziesięcioletniego chłopczyka na wózku. Leżąc, spędzał na nim całe dnie. Zaczęła go rehabilitować. Po dwóch tygodniach potrafił usiąść na ławce. Po kolejnych dniach - zaczął wstawać, potem stawiać pierwsze kroki o balkoniku. Zaczął nawet naukę w szkole, o czym marzył. Monika o swoim udziale w sukcesie chłopca mówi skromnie. - Pokazałam tylko, jak ćwiczyć. Nic więcej. Reszta to jego praca - mówi spokojnie.

Praca na wielu polach

Misje to wyzwanie, nie, tylko jeśli chodzi o ewangelizację, ale i codzienność. Zderzenie z innym klimatem, bakteriami, warunkami sanitarnymi, mentalnością, czy nawet jadłospisem, nie każdy jest w stanie udźwignąć.- Czasem lepiej nie zastanawiać się, czym jesteśmy częstowani albo na jakiej wodzie została ugotowana herbata, którą właśnie dostaliśmy - mówi szczerze.
Właśnie z herbatką miała przygodę. Otóż wedle kenijskiej tradycji, gościom podaje się herbatę z dużą ilością cukru i mleka. Kubek z napojem też do małych nie należy. Na oko - półlitrowy. Monika skosztowała, żołądek zwinął się jej w kłębek, gotów do obrony. Nie chciała robić gospodarzom przykrości i wypiła wszystko.
- Potem dowiedziałam się, że w dobrym tonie jest upić łyczek, a resztę oddać dzieciom gospodarzy, których zazwyczaj jest gromadka - wspomina z uśmiechem. - A ja zastanawiałam się, dlaczego tak bacznie mi się przyglądają - wzdycha.
Kilka dni temu w kościele pod wezwaniem św. Jacka w Opolu-Kolonii Gosławickiej, odbyła się uroczystość posłania misjonarki. Krzyż misyjny nałożył jej bp. Andrzej Czaja.nDiecezja opolska przyjęła ją z wielką życzliwością. Pomagała i nadal pomaga w organizacji wyjazdu. Cały czas deklaruje wsparcie na wszystkich frontach.
Na uroczystości byli rodzice Moniki, bliscy, społeczność tamtejszej parafii. Wszyscy mocno jej kibicują, zapewniają o wsparciu, pamięci w modlitwie. Łużnianka już wie, że jej celem jest Mongoumba, placówka kombonianów na granicy z Demokratyczną Republiką Konga.
- Jestem bardzo, ale to bardzo wdzięczna Misjonarzom Kombonianom za cały okres przygotowań i wsparcie w mojej decyzji o wyjeździe - podkreśla.
Po wielokroć powtarza, że to żaden wyczyn ani bohaterstwo, a tak naprawdę, to ona więcej zyskuje, niż ci, do których jedzie.
- Możemy się uczyć, mamy co jeść, gdzie mieszkać. Mamy czystą wodę i toaletę w łazience -wylicza. - Dla nas to oczywiste. Tam, w Afryce już nie - podkreśla.
Z racji wykształcenia - przypomnijmy, że Monika jest fizjoterapeutką - będzie pracować z chorymi i niepełnosprawnymi, ale jest otwarta na wszystkie zadania. Tam, gdzie jedzie, nie ma zasięgu telefonii komórkowej, nie ma internetu.
- Cały czas powtarzam rodzicom, żeby przywykli, iż brak wiadomości, to dobra wiadomość - mówi. - Co ma mnie spotkać, to i tak spotka. Bez względu na to, gdzie będę - podkreśla.
Złożyła już wniosek o wizę. Wyjedzie jeszcze przed Wielkanocą.
- Już nie mogę się doczekać - mówi z mocą.

ZOBACZ KONIECZNIE

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Materiał oryginalny: Gorlickie. Monika Jamer z Łużnej jedzie na dwa lata na misje do Afryki - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie